|
|
Przed wiekami w Ząbkowicach, zwanych dawniej Frankensteinem, Żył aptekarz, człowiek mądry, który skończył jednak marnie Gdy zobaczył, co dokonał. Sam się tego tak przestraszył, Że się albo gdzieś powiesił, albo też gdzieś w mieście zaszył. ________________________________________ Stworzył dzieło nad dziełami - umarłego z martwych wskrzesił, Ale że był niedokładny, ów się później wziął i zbiesił. Więc się zatem szybko stało, że miast fachu aptekarza Pobierać zaczął wskrzeszony nauki w pracy grabarza. ________________________________________ Imię zaś miasta otrzymał - Frankenstein został nazwany, Ponieważ tu był stworzony i tu też miał być chowany. Trwożyło się całe miasto, i leków nikt nie kupował, Bo zamiast ludziom pomagać, do swoich grobów ich chował. ________________________________________ Miał też lubą mości panek, kochał się w niej z wzajemnością On - grabarzem, ona - wdową..., lecz do diabła z tą miłością! Znalazł się wnet amant drugi, który do tej wdowy chodził I powiedział, że mu grabarz w tej miłości nie przeszkodzi. ________________________________________ Tak rozsierdził tym owego, co się w aptece wychował, Że ze swymi kompanami zabił jego i sproszkował. Owa piękna pulcheryja, co się w niej Frankenstein kochał Została także zabita. I nawet po niej nie szlochał. ________________________________________ Żeby ludzie umierali, truł ich śmiertelną miksturą, Co po incydencie z tamtym, stało się jego naturą. Nielubiany, pogardzany, bił, mordował ludzi, dusił, A że przy tym był też silny, nikt go zabić się nie skusił. ________________________________________ I nastały takie czasy, że zajadał serca dzieci Co czerwieńsze grabarz - smakosz kumplom swoim mógł polecić, Ot, wyrwane z piersi dziecka jeszcze nie narodzonego, Surowiutkie, nie smażone, najlepsze były. Smacznego! ________________________________________ Zwłoki później brał i palił, niektóre także proszkował. Ale żeby mieć pieniądze, to czasami jeszcze chował. Z proszkiem mieszał roztwór soli i do miejskiej studni wrzucał Przez co czterystu mieszkańców umarło wkrótce na płuca. ________________________________________ Sprawa była bardzo głośna i nie była taka mała, Przecież później Mary Shelley książkę o nim napisała, Lecz tak fakty pokręciło i tak rzeczy pomieszało, Że do teraz mało kto wie, co się w Ząbkowicach działo. ________________________________________ Skończmy jednak tę opowieść, prawdę wysuńmy na czoło, Bo jak wiecie, ta historia nie skończyła się wesoło: Znaleźli się wnet śmiałkowie, mordercę obezwładnili, Wsadzili do Krzywej Wieży i w dybach go przyskrzynili. ________________________________________ Złapano jego kompanów, po mieście oprowadzono, Rozdarto ich obcęgami i jeszcze okaleczono: Obcięto im prawe dłonie i oberwano im kciuki. Jemu “coś” jeszcze obcięto, a także, już dla nauki, Przykuto potem do słupa, pieczono i gotowano. ________________________________________ Natomiast tych pozostałych spalono na stosie rano. I tak się kończy opowieść o ząbkowickim Łazarzu, Co ludzi dusił i zjadał, a leżeć miał na cmentarzu . Gdyby go pewien aptekarz do życia nie przysposobił, Niebieskich bram pozbawiając - złego by wiele nie zrobił. ________________________________________ No i nie bójcie się, proszę, mili mieszkańcy pierzei, Co okalają nasz Rynek, kiedy coś skrzypnie, wystrzeli... Może to tylko sąsiedzi, a może też, co się zdarza, Włóczy się teraz po Rynku nieszczęsny duch aptekarza Wysłany, by pokutować. Za zbrodnie tego, co stworzył Powinien teraz pilnować, by żaden zmarły nie ożył ________________________________________ Bez Sądu Ostatecznego, pieśni, co anioł zanuci. Nie wolno ze świata zmarłych do żywych świata powrócić. A morał z tego jest taki, bo morał przecież być musi: Lepiej sprzedawać już leki, niż wskrzeszać tego, co dusi. A jeśli któryś czytelnik, większego ma na to smaka... Odsyłam do dziejopisa - Jerzego Organiściaka ________________________________________ [sb]
 | |
|